Pamiętnik z wakacji część 1: Magic Wood

Wiem, że od końca wakacji, nawet tych studenckich, minęło już sporo czasu ale jak wszyscy wiemy czas jest względny, a wspomnienia ciepłych, sierpniowych wieczorów w skałach są we mnie tak żywe, że mimo wszystko myślę że nie jest na taki wpis za późno!

_DSC0217-2
Dolina Zillertal

Przede wszystkim bardzo się ucieszyłem, kiedy podsumowałem sobie ilość czasu, jaką do tej pory spędziłem w tym roku na różnych wyjazdach wspinaczkowych, bo z moich wyliczeń wynika, że średnio co 4 dzień w tym roku byłem gdzieś w skałach! Do tego wyniku zdecydowanie przyczynił się mój wakacyjny trip, który trwał ponad 2 miesiące.

W tym czasie wspinałem się i z liną i na boulderach i na panelu i w granicie i w wapieniu i w dachu i na połogu i po krawądkach i po klamach i po ściskach i spadałem z dróg chyba w każdym możliwym miejscu, także tuż pod stanowiskiem i tuż przed pierwszą wpinką. Generalnie wydarzyło się całkiem dużo.

_DSC0082
Tutaj na przykład spadam tuż nad pierwszą wpinką

Pierwszym punktem wyjazdu miało być szwajcarskie Magic Wood.  Po drodze zatrzymaliśmy się z Julką w Norymbergii na szybki trening mocy w słynnym Cafe Kraft, znanym generalnie z tego, że ładuje tam wielu całkiem mocnych gości, takich jak na przykład silny blond chłopiec który wygrał zawody w Szwecji w ostatni weekend i który wspina się tylko w żółtych koszulkach. Wiecie o kogo chodzi? 😉

 

Przechwytywanie
Julka z okazji kontuzji prawej ręki postanowiła popracować nad zgięciem w lewej. Za nią wspomniany kawałek panelu

Część panelu kojarzona z filmami z treningów silnej ekipy zrobiła na mnie wrażenie ze względu na ogromną ilość naprawdę słabych chwytów, których tarcie pogarszał fakt, że były drewniane. Ich połączenie z mikroskopijnymi stopniami i mocnym przewieszeniem czynił z tego miejsca porządną ładownię. Gdzieś przecież moc Alexa (tak, miałem wcześniej na myśli Alexa Megosa ;)) musiała rozkwitnąć!

Po dotarciu do Magicznego Lasu okazało się, że opowieści o pięknie tego miejsca nie są ani trochę przesadzone. Piękna, alpejska dolina, otoczona górami i lasami, której dnem płynie lodowata rzeka. Cały rejon powstał w wyniki ogromnego obrywu z jednej ze ścian. Kawałki skał rozsypały się na długości około kilometra tworząc prawdziwy raj wspinaczkowy.

DSC_0563

Zasięg czasami pomaga- tak jak na przykład tutaj- na „Dinos don’t dynos’ 7B+, którego trudności radykalnie malały, gdy dolna ręka po skoku zostawała na chwycie

Muszę od razu w tym miejscu zaznaczyć, że pomimo iż wspinam się 10 lat, to moje doświadczenie bulderowe można sprowadzić do 7 dni w Fontainebleau i kilku wyjazdów na Kamień Michniowski. Generalnie nie jest ono zbyt bogate, więc przy okazji wyjazdów na baldy za każdym razem uczę się czegoś nowego, a moje wyobrażenia na temat tego sportu okazują się zupełnie nietrafione.

Tak było i tym razem. Przede wszystkim jadąc do Magic Wood słyszałem od paru osób podejrzane historie w stylu  ‘eeee, stary, mam takiego kolegę, co w Bleau nie robił 7A a tam zrobił 8A i to dwie od razu’. Kiedy jechałem do podparyskiego lasu, opowieści zasłyszane od kolegów o tym, że tam się spada nawet z 5A były w moim przypadku prawdziwe, więc liczyłem na to, że takie przesłanki znowu się sprawdzą, tyle że tym razem na moją korzyść i wrócę z tego wyjazdu z imponującym wykazem przejść.

DSC_0919

 

W związku z tym już przy pierwszej porannej kawie postanowiłem sobie złote hasło (które akurat we wspinaniu z liną przynosi dobre efekty), że w nic poniżej 7A się nie wstawiam. Jakże ogromne było moje zdziwienie, gdy godzinę później okazało się, że nie dość że spadłem z jednej, drugiej, trzeciej 7A, to nawet są takie na których nie mogę się oderwać od ziemi!?

DSC_0370
Jedna z wielu 7A które powoli zaczęły mi uświadamiać błąd w mojej taktyce

Trzy dni zajęło mi pogodzenie się z tym faktem i pozbycie się frustracji, która ogarniała mnie po każdej nieudanej wstawce (a było ich naprawdę sporo). Kiedy jednak zmieniłem nastawienie z napinki na cyfrę na dobrą zabawę, a w skałki znowu wróciła fajna pogoda, nagle i miałem więcej frajdy ze wspinania i nawet udało mi się przejść parę trudnych, jak dla mnie, problemów- w tym nawet dwie 7C (myślę tylko że trzeba dodać, że jedna z nich była typowym jednoruchowym, zasięgowym chamem, na którym najbardziej liczyła się rozpiętość rąk, a druga z nich miała 18 ruchów i gdyby miała wpinki to byłaby fajną drogą). Oprócz tego jednak udało mi się pokonać sporo naprawdę ciekawych, wymagających propozycji, wymagających i zgięcia i trzymania małych chwytów i techniki. W dodatku znalazłem sobie kilka projektów na przyszłość (kiedy będę silniejszy), więc na pewno chętnie tam wrócę.

DSC_0783
Krótki i parametryczny, ale jednak pierwszy dla mnie w tym stopniu- ‚The gift’ 7C

Drugim moim zdziwieniem był fakt, że dwa crashpady to za mało. Patrząc na ilość miejsca w samochodzie jakie zajmowały, pomyślałem sobie, że na pewno wystarczą. Może nawet byłaby to wystarczająca ilość, gdybym miał spotera (niestety Julka była świeżo po operacji  nadgarstka i byłoby to zbyt ryzykowne gdybym miał na nią spadać- ale to ona robiła te wszystkie śliczne zdjęcia!). Warto to tego dodać, iż w Magic Wood podłoże do lądowania pod kamieniami zdecydowanie różni się od tego w Bleau- tam jest raczej równo i miękko bo są liście albo gałązki albo nawet piasek, a w Magic jest typowy piarg, czyli albo mniejsze, ostre kamyki, albo dziwne, głębokie dziury z których wieje śmiercią i smutkiem.

DSC_0740
Bardzo fajny kamień, ale odpadnięcie groziło lądowaniem w dziurze, która była pod tymi kawałkami drewna

Tak więc w ciągu tego ponadtygodniowego wyjazdu dosyć często zdarzało mi się minąć z padem i trafić albo nogą na kamień albo wpaść do czarnej dziury, na szczęście na tyle płytko, że udało mi się wydostać bez jakiejś pomocy z zewnątrz. Szczególnie było to odczuwale gdy próbowałem jedną z tamtejszych perełek- ‘Foxy Dyno’, które jak sama nazwa mówi, jest skokiem. Trzy pierwsze próby polegały na ustalaniu miejsca w które spadam, aby tam położyć pady. W końcu banieczki nie skoczyłem, ale przynajmniej lądowałem idealnie w przygotowane lądowisko.

cropped-dsc_0644
Foxy Dyno – jeden z powodów dla których tak bardzo chciałbym tam wrócić!
DSC_0647
I jeszcze ten sam boulder, tyle że tym razem w wersji nie-skocznej

Myślę, że warto też wspomnieć o klimacie tego miejsca jaki tworzą ludzie, bo jednak ciężko o bardziej społeczny sport niż buldering. Wszyscy wspinacze mieszkają na jednym campingu (oprócz bogatych Niemców i szwajcarów), co tworzy bardzo fajną, wesołą atmosferę. Już od samego rana budziły nas dźwięki techno lecącego z głośnika ekipy z Francji. Chłopaki generalnie wychodzili z założenia, że jest to jedyny właściwy rodzaj muzyki, bo fundowali reszcie campingu techno-poranki ale też techno-popołudnia i techno-wieczory. Najwyraźniej taka muzyka przekładała się na mocne przejścia, bo w zasadzie codziennie ktoś z tej grupy wracał ze skałek  z trudnym przejściem.

 

Bardzo istotnym elementem całego campingu była chwytotablica przyczepiona pod daszkiem,  mniej więcej na środku. Nietrudno można było zauważyć, że pełni ona dwie funkcje. Zamontowana została prawdopodobnie z myślą o rozgrzewce przed wyjściem w skały, bo rzeczywiście czasami, gdy w planach było uderzanie prosto na swój projekt, ciężko było znaleźć w pobliżu odpowiednie miejsce do rozgrzewki. Jednak odniosłem wrażenie, że jest to przede wszystkim miejsce prezentacji swojej siły przed resztą tej nie takiej małej społeczności. Wiele razy zdarzało się, że ktoś, np. Hans szedł do łazienki, ale po drodze wykonał kontrolny przypis na małej krawądce. Chwilę później zjawiał się  jego kolega, który akurat właśnie postanowił przekonać się, czy na tym samym chwycie będzie w stanie zawisnąć na jednym ręku. Niedługo później dziwnym trafem przychodził jeszcze trzeci kolega, który mówiąc ‘nie no, ciekawe czy po obiedzie mi się zegnie’, dawał ze szmaty na tym właśnie chwycie. Często taka osoba zamykała już temat, do czasu aż nie zjawił się kolejny Hans, który chciał zobaczyć, czy zawiśnie na tej krawądce…

 

Po upływie tygodnia i zrobieniu na sam koniec mojego pierwszego   prawie- highballa w życiu- ‘Blue Skies of mine’  (co prawda łatwy i z padami pod spodem, ale wejście na te 8 czy 10 metrów bez liny, było dla mnie czymś zupełnie nowym) przyszedł czas na spakowanie się i wyruszenie w dalszą drogę. Z jednej strony troszkę było mi szkoda, bo akurat tego dnia znaleźliśmy sobie fajnych kolegów i jakoś nagle bouldery zaczęły mi fajnie wchodzić (zrobiłem tego dnia więcej przejść niż przez resztę wyjazdu),  ale jednak wizja dalszych sprawiała, że z małym tylko smutkiem mogłem pożegnać się z magicznym lasem i wyjechać w stronę włoskiej granicy.

46761017_2118187688495880_9203019784566865920_n
W Magic Wood oprócz boulderów są super przystanki autobusowe!

Ciąg dalszy w części 2…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s