Chorro instant

Oddech, jeszcze jeden i jeszcze jeden… Czuję się już spokojny, moje serducho przestało walić tak mocno jak jeszcze chwilę temu. W głowie kotłują się myśli ‚tylko co teraz się robiło’?? Kiedy decyduję się spróbować wyjść z wygodnie zaklinowanego kolana podmuch wiatru niemal zrzuca mnie ze ściany. Wracam.  Kolejne parę oddechów i postanawiam spróbować ponownie. Tym razem udaje mi się trafić akurat moment pomiędzy dwoma podmuchami. Lewa ręka w podchwyt, prawa do małej tufy, daleki ruch w prawo, czuję zbliżający się wiatr… lewa po krzyżu do krawądki, wiatr uderza z bezlitosną siłą, prawa do klamy, przestawka nóg, wpinka i okrzyk radości- to już stanowisko drogi, która widniała na mojej ‚to do list’ od kilku lat- pierwszego w Hiszpanii 8a „Lourdes’.

DSC_0119
Zachód słońca przy zejściu z Makinodromo

Decyzja o wyborze miejsca na krótki wyjazd zimowy odbyła się raczej na zasadzie eliminacji niż konkretnych pomysłów (eliminowaliśmy miejsca w których było zimno, potrzebny był na miejscu samochód albo gdzie nie było dużego wyboru fajnych dróg w przedziale 7c-8a), a że akurat Chorro spełniło wszystkie nasze kryteria, kupiliśmy bilety do Malagi. Czy była to dobra decyzja? Zdecydowanie tak.

DSC_0066

Tydzień to zdecydowanie za mało na wyjazd w nowe miejsce, zwłaszcza jeśli zależy nam na wstawkach w trudniejsze drogi. Tak naprawdę dopiero ostatniego dnia zaczęliśmy się dobrze czuć w skałce i sensownie w niej poruszać. Mimo tego jednak udało nam się przewspinać naprawdę sporo metrów (to głównie za sprawą długości dróg- przeważnie w przedziale 30-40 metrów) i wpiąć parę razy do łańcucha.  Moje i Julki plany były jednak nieco odmienne- ja postanowiłem spróbować pokonać jak najwięcej średnio-trudnych, długich dróg, tymczasem Julii jasno określonym celem było zrobienie pierwszej swojej 8a.

Przez pierwsze dwa dni wspinaliśmy się w sektorze ‚Poema Roca’. Jest to niezbyt duża grota, w której znajduje się około 40 dróg od 6c do 8b, biegnących w lekkim przewieszeniu  lub w dachu i najczęściej podzielonych na dwie części- pierwszy łańcuch zwykle znajduje się pod dachem, a drugi koło 15-20 metrów wyżej.

DSC_0045
Poema to ta większa grota po lewej stronie

To miejsce z  pewnością lata świetności ma już za sobą, co widać po stopniu wyślizgania chwytów. Prawdę mówiąc porównując to z niektórymi klasykami Jury Północnej (jak Bader-Meinhoff czy Dziurki Marczaka) to stan naszych rodzimych skałek jest o niebo lepszy. Z tego powodu wszystkie drogi które tam robiliśmy były bardzo wytrzymałościowe-  nie dało się odpocząć trzymając nawet największej klamy bo najzwyczajniej się z niej zjeżdżało. Doświadczyła tego szczególnie Julka na tytułowej drodze- klasyku ‚Poema de Roca‚, na której wszystkie chwyty wyglądały jak wygładzona marmurowa posadzka- niby tylko 7a a trudne 😀

DSC_0123

Będąc w tym sektorze na pewno warto zwrócić uwagę na drogę „Swimming through shark attack’ 8a+ z przedłużeniem za 8b. Biegnie ona w mocnym przewieszeniu i przy opanowanej umiejętności haczenia kolan pokonywanie kolejnych przechwytów nie stanowi większego problemu. Ja zdecydowanie nie odrobiłem wcześniej zadania domowego z klinowania nóg między tufami i finalnie nie udało mi się przejść jej w ciągu. Na pewno jednak nauczyłem się na niej bardzo dużo i nie żałuję ani trochę czasu, który poświęciłem na pracę nad odnajdywaniem patentów.

Z ciekawych dróg w tym sektorze, które udało mi się pokonać, warto wspomnieć o ‚Viejo trajdor‚ 7b+, który nawet pomimo wyślizgania oferuje przyjemne, dosyć ciągowe wspinanie oraz ‚La cuca‚ 8a, która jest dosyć nową drogą (a przez to jeszcze dosyć rzadko robioną) o dość boulderowym charakterze, mimo 35 metrów długości.

Podsumowując, „Poema’ to całkiem fajny sektor, jednak jakość skały nie jest urzekająca. Jest to jednak super miejsce na rozwspin albo w przypadku chłodnych, wietrznych dni- tam przeważnie jest ciepło. No i jest bliskie podejście 😉

DSC_0113

Po dniu restowym naszą uwagę postanowiliśmy przekierować na sektor ‚Makinodromo’, słynący z dużej ilości trudnych i wspaniałych dróg. Pierwszego dnia udało nam się umówić na wspólne wspinanie z jednym z lokalsów. Było to świetnym pomysłem, bo podejście należy raczej to tych bardziej skomplikowanych i wymaga obeznania w terenie. (W akapicie ‚info praktyczne’ spróbuję je opisać).

DSC_0132

DSC_0203
Przygodowe podejście pod Makino

Po dotarciu pod skałkę nasze i tak trzęsące się z wysiłku nogi niemal ugięły się pod nami- ilość wielkich tuf, stalaktytów i innych nacieków skalnych był naprawdę imponujący. W dodatku okoliczny klimat z latającymi nad nami sępami i brakiem innych wspinaczy dodawał smaczku.

Jako pierwszą drogę wybieram ‚Trainspotting‚ 35 metrowe 8a z pierwszym wyciągiem wycenionym na 7b+. Z lekkimi trudnościami udaje mi się dojść do niższego stanowiska, przejść przez okap i wejść w trudności drugiego wyciągu. Niestety jednak niedaleko stanowiska spadam, nie trafiając w ukryty za małym brzuszkiem chwyt. Kolejny raz przekonałem się, że przy trudnych sajtach bardzo ważna jest pewność tego co się robi i konsekwentna realizacja wymyślonego patentu.

DSC_0221
Makinodromo z oddali

Kolejną drogą, którą postanawiam spróbować jest słynne ‚Lourdes‚. Zdecydowanie pomaga mi nasz miejscowy kolega, który sprzedaje mi wszystkie patenty, szczególnie związane z haczeniem kolan, w czym, jak się okazało, jestem na prawdę beznadziejny :D. W pierwszej wstawce udaje mi się porobić wszystkie ruchy, jednak po zjechaniu czuję w całym ciele 30 metrów, które właśnie przeszedłem, często powtarzając niektóre fragmenty. W drugiej próbie dochodzę do cruxa, ale z powodu niewiadomego dla mnie spadam. Zaczynała już się powoli zbliżać pora powrotu i nie czułem się najświeższy, jednak zdecydowałem się pójść raz jeszcze. Okazało się to dobrą decyzją, bo kilkanaście minut później trzymałem się klamy przed ostatnią trudną sekwencją, próbując sobie uporczywie przypomnieć dalszą sekwencję. Na szczęście chwilę później z bananem na twarzy i zachodzącym słońcem za plecami wpiąłem się do łańcucha. To był chyba najfajniejszy dzień wspinaczkowy w moim życiu!

DSC_0223
I  Makino z bliska. Pod skałką można też mieszkać, jest nawet krzesełko!

Drugiego dnia na  wybraliśmy się już we dwójkę. Po dotarciu na miejsce okazało się że wiatr jest tak silny, że Julkę niemal zwiewa z ziemi i trochę ciężko wyobrazić sobie wspinanie w takich warunkach. Siedliśmy więc za kamieniem i wypiliśmy walentynkową kawkę z pysznym ciastkiem 🙂

Na szczęście po południu pogoda poprawiła się trochę, a Julka znalazła super drogę, która była osłonięta od podmuchów wiatru. „Atlas shirecked‚ L1, bo o niej mowa, biegnie przez 25 metrów lekko przewieszoną płytą, doprowadzając do świetnego resta w zwisających stalatytach, w którym musimy uspokoić się przed czujnym trawersem po małych chwytach ku kantowi. Smaczkiem na sam koniec pozostaje mantla po śliskich oblakach tuż pod samym stanowiskiem- jednym słowem droga bardzo wymagająca i kompleksowa.

Po pierwszej wstawce Julka zjechała i zapewniła że już więcej na to nie idzie. Jednak niecałą godzinkę później stała ponownie związana pod „Atlasem‚ i ta próba była już o wiele przyjemniejsza. Ruchy okazały się nie tak trudne, sekwencje nie tak ciągowe a kolano po środku dużo bardziej komfortowe. Na następną próbę tego dnia zabrakło już czasu a wydawało się że sukces jest kwestią jednej- max dwóch prób.

DSC_0106

Ja w tym czasie postanowiłem rozprawić się z rozpoczętym dzień wcześniej projektem- wspomniany wcześniej  „Trainspotting’. Było to chyba najbardziej ‚spicy’ przejście w moim życiu, bo wiatr wiał tak mocno, że wywiał mi prawie całą magnezję z woreczka, a ekspresy ustawiały się niemal poziomo. Trochę obawiałem się czy tak silne podmuchy nie wejdą mi za bardzo na psychę, szczególnie że crux tej drogi znajduje się ponad 35 metrów nad ziemią, ale już na początku drogi pomyślałem sobie, że to najbardziej niesamowity warun w jakim zdarzyło mi się wspinać i takie poczucie zajebistości całej sytuacji towarzyszyło mi do samego końca 🙂

Ostatniego dnia już od samego ranka czuliśmy się trochę zmęczeni, co spowodowane było trochę tym że to już trzeci dzień wspinania (i podchodzenia pod Makino) z rzędu, a trochę przez wieczorne winko.

DSC_0216
Ostatni fragment podejścia- z tego miejsca tylko 25 minut pod górę 😉

Po dotarciu pod skałkę Julka od razu wbija w projekt. Pierwsza wstawka miała raczej charakter dogrzewkowy i już w drugiej bardzo pewnie udaje jej się przebrnąc przez początkowe trudności, odnaleźć dobry rest w tufach, spokojnie przejść trawers i z zapasem wpiąć do łańcucha ‚Atlas Shriecked’ 7c+!

DSC_0147
Zwycięska fota

Zachęcony tym sukcesem postanowiłem zaatakować ‚Smashing pumpkins‚ 8a, która dół dzieli z drogą Julki, poźniej wchodzi w dach po zwisających, małych stalaktytach, by doprowadzić nas do efektownego skoku tuż pod stanowiskiem. W drugiej próbie udaje mi się nic nie pomylić i tym sposobem wpinam się do łańcucha mojej 20 drogi cenionej za 8a.

Tydzień to na pewno za mało na takie miejsce jak Chorro. Zabrakło czasu na wstawki w trudne drogi, które, szczególnie na Makino wyglądały na prawdę świetnie. Szczególnie odczuła to Julka, która na poprowadzenie 8a potrzebowała jeszcze jednego, maksymalnie dwóch dni. Moc jedna jest, więc postanowiliśmy to potraktować jako dobry predyktor zaczynającego się powoli nowego sezonu!

DSC_0190
Super widoczki i super skałki!

Info praktyczne

Chorro oddalone jest niecałe 100 kilometrów od Malagi. My nie mieliśmy samochodu, ale nie był to problem, bo z dworca Malaga Maria Zambrano  jeździ pociąg. Sezon wspinaczkowy trwa od października do kwietnia, bo później robi się już za ciepło (większość sektorów ma wystawę południową). Optymalnie jest tam w okolicach grudnia, stycznia i lutego.

Spaliśmy w The Olive Branch, które jest położone koło 20 minut spacerem od stacji kolejki, 25 minut od Poemy i około półtorej godziny od Makinodromo. Na miejscu można spać we własnym albo w wypożyczonym namiocie lub wybrać opcję ‚na bogato’ i spać w jedym  pokoików. Właścicelami są Mary i Gar, którzą są naprawdę wspaniałymi, ciepłymi gospodarzami. Cała załoga składa się z wolontariuszy, którzy w zamian za darmowe spanie i wyżywienie pracują kilka godzin dziennie. Istnieje możliwość kupienia pysznych śniadań i obiadków, co w naszym przypadku super się spisało, bo na miejscu nie ma sklepu. Na miejscu można kupić też topo, a także niezbędne rzeczy jak batoniki, wodę, wino i cerveze. Obok znajduje się w pełni wyposażona kuchnia, więc można też gotować sobie swoje wypieki.

O dojściu na Makino słyszeliśmy dużo opowieści i rzeczywiście jest ono ciekawe. Aby tam się dostać, trzeba przejśc pewien odcinek po torach kolejowych i przez tunele. Jest to całkowicie bezpieczne, bo tunele są szerokie. Jest co prawda droga przez góry, ale jest ona dużo dłuższa.

DSC_0082
Nasz kolega ciapong, którego spotkaliśmy po drodze

Ważne jest, żeby nie wchodzić na tory na stacji kolejki, bo to jest trochę zbyt oczywiste, tylko przejść kawałek dalej. My wchodziliśmy przy parkingu z zielonym płotem, który znajduje się powyżej wejścia do campingu ‚el chorro’. W jednym miejscu był podkop pod płotem i trzeba się było przez niego przedostać 😀

Po przejściu na tory musimy nimi iść przez jakieś 20 minut i po drodze będziemy przechodzić przez zielony mostek. Za tym mostkiem mijamy jeszcze 2 albo 3 tunele i po prawej stronie, daleko w górze ukaże się nam mur z sektorem Makinodromo. Wtedy tuż przy białym domku trafimy na ścieżkę, którą musimy iść koło 30 minut pod górę.

Po drodze torami można spotkać pracowników ochrony kolei, albo obsługę biegnącej w pobliżu ‚Camino del rey’. Czasem zdarza się, że wlepiają mandaty (bo oczywiście chodzenie po torach jest zabronione), ale my się z nimi grzecznie witaliśmy i nie było żadnego problemu.

DSC_0098
Camino del rey widziana po wyjściu z jednego z tuneli

Chorro jest naprawdę fajne!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s